Możemy śmiało powiedzieć, że mamy szczęście do spotykania pięknych i fascynujących ludzi na swojej fotograficznej drodze. Nie zawsze jest tak, że od pierwszego maila wszystko idzie jak po maśle – czasem zatrzymujesz się w niepewności czy aby na pewno to się uda. Martyna napisała do nas uroczego maila w którym nazwała siebie i Pawła słoikami ze stolicy, a potem dodała jeszcze plan o weselu w stodole.. No i cóż – zostaliśmy kupieni! Okazało się, że mowa o starej stodole w ogrodzie rodziców, gdzie już nie raz organizowane były dzikie, urodzinowe pląsy. Martyna i Paweł nie byli jednak pewni tego czy ich plan się uda, czy dadzą radę zorganizować to wszystko tak, jak sobie wymarzyli. Co więcej – ostateczną datę (a właściwie dwie – dzień wcześniej zaplanowali uroczystość i obiad dla najbliższej rodziny, a następnego dnia imprezę, która była nie-weselem, dla znajomych) wybrali pod nasz ostatni termin w kalendarzu. Wow! Później to już tylko kawa i nasze mega wkręcenie się w ten pomysł, rozmowy o lampkach, garden party i słodkim bufecie na starym kredensie, który swoją drogą odnowiła Mama Martyny. I to jest właśnie ten moment w którym musimy napisać to jedno zdanie – to nasi ludzie! Tak totalnie. I kochają lisy!

W tej cudnej dwójce jest tyle energii, pomysłów, uśmiechu (ojacie, jak oni się cudownie śmieją i cieszą sobą!), luzu, miłości… Uwielbiamy ich, ale to już pewnie wiecie. Pierwszy dzień był bardzo lekki w odbiorze – nikt się szczególnie mocno nie spieszył, ślubu udzielał zaprzyjaźniony ksiądz (a zatem i wzruszenie było nieuniknione!), a obiad w restauracji nad jeziorem to był prawdziwy chillout. Dzień numer dwa to już inna historia – przede wszystkim wyszło piękne, złote słońce (a musicie wiedzieć, że dzień wcześniej to samo słońce zrobiło nam psikusa i gdy tylko ruszyliśmy na mini sesję o zachodzie… to owo słońce postanowiło pójść na przerwę), stodoła przeszła nieziemską metamorfozę, ogród zachęcał do tego, aby leżeć na stogach siana i sączyć lemoniadę (którą zrobiła Martyna!).

Nie było też typowego pierwszego tańca, ale Martyna i Paweł postanowili rozpocząć imprezę od zatańczenia do piosenki z czołówki „Przyjaciół” (i za to też Was kochamy!), nie było tortu, ale był słodki bar, nie było rosołu, ale był najprawdziwszy grill. Było bosko proszę Państwa! Zresztą… Chodźcie zobaczyć!

Ostrzegamy: zdjęć jest nieprzyzwoicie dużo. Ale mamy nadzieję, że zostanie nam to wybaczone!

Organizacja i koordynacja: Czyni Cuda
Miejsce: Ogród rodziny Pana Młodego
Florystyka: Floo Art
Dekoracje bufetów, strefa chillout: BeDeko-kwiatowe atelier Anna Berniak
Oświetlenie/girlandy: ILUMI dekoracje świetlne
DJ: David C. Dawid Chmielewski
Słodkości: Ciastkarnia Marysieńka
Namioty: Pacyfik